poniedziałek, 22 grudnia 2014

.

Brak komentarzy:
Siedzę nad pustą kartką (elektroniczną, tą w wordzie, nie tą papierową) i zastanawiam się, co powinnam zawrzeć w tym podsumowaniu. O czym wspomnieć, co dla własnego (i innych) dobra przemilczeć.
Ten rok był rokiem wielu zmian, na lepsze i gorsze, ale takich, które w końcu musiałyby nastąpić prędzej czy później, czy bym tego chciała, czy nie.

Żałuję wielu rzeczy, ale nie jestem tu teraz po to, by je wspominać. Zostawiam je za sobą razem z tym rokiem i mam tylko nadzieję, że nie będę musiała się już nigdy cofać. Nie chcę.
Początek zapamiętam, jako najgorsze, co mi się tylko mogło przytrafić. Wszystko waliło się jedno po drugim a ja rozpaczliwie próbowałam znaleźć jakiś punkt oparcia, coś, co dałoby mi siłę. Pierwsze trzy – cztery miesiące ziemia dosłownie waliła mi się pod nogami. Płakałam czekając aż coś ruszy do przodu i wierząc, że to stanie się samo przez siebie, utonęłam w tej beznadziei trochę na własne życzenie, a trochę nie i nie przesadzę, jeśli powiem, że jestem tu wciąż tylko przypadkiem.
Wciąż pamiętam jak płakałam, że nie dożyję kolejnego miesiąca, że nie dam rady i bo po co, dlaczego i jaki jest w tym wszystkim sens bo jakiś w końcu musi być, a ja go nie widzę. I tak w kółko i w kółko i w kółko do znudzenia. Wołałam o pomoc, ale wszyscy mieli inne zajęcie. I tak bez przerwy.

Nie wiem, kiedy wszystko zaczęło się jakoś układać. Nie potrafię przywołać tego momentu, bo pewnie nawet nie zwróciłam na niego uwagi, ale jednak coś ruszyło. Stopniowo odbudowywałam wszystko, co do tej pory się zrujnowało i robiłam to trochę nieświadomie, ale jakoś się udawało.
Pamiętam wiele momentów w tym roku, w których byłam naprawdę szczęśliwa, choć myślałam, że już nigdy tak nie będzie. Czy to koncert zespołu, który pokochałam jeszcze w roku 2013 (który wydaje się tak odległy, że prawie go nie pamiętam), czy spotkania z tymi wszystkimi ludźmi, których poznałam w internecie, a okazali się bliżsi niż ktokolwiek inny, czy to po prostu wieczory, podczas których uśmiechałam się jak głupia do telefonu i pisałam aż bolały mnie palce bo oto znalazł się ktoś, kto rozumiał i wspierał a ja już dawno nie wierzyłam, że znajdzie się jeszcze ktoś taki.
Ludzie odchodzili i pojawiali się kolejni, a ja powoli zaczynałam wierzyć, że nie wszyscy są tak źli, jak ci, przez których tak utknęłam. Ruszyłam do przodu i dotarłam tam, gdzie nigdy miałam się nie znaleźć.

Zaczęłam ten rok w naprawdę beznadziejnym stanie i patrząc za siebie na początku w ogóle nie poznaję tej dziewczyny. I nie chcę. Nie muszę. To już nie jestem ja.

Zaczęłam ten rok bez jakiejkolwiek nadziei, bez woli przeżycia nocy i obudzenia się kolejnego dnia. Kończę go szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa, z osobą, o której mogę śmiało powiedzieć, że jest dla mnie absolutnie wszystkim, otoczona ludźmi, z którymi czuję się tak dobrze, jak jeszcze nigdy. Mam za sobą 365 dni ciężkiej pracy, łez, trudu, ale teraz ze spokojem mogę powiedzieć sobie, że wiem, że było warto. Stoję w miejscu, do którego miałam nigdy nie dotrzeć i jest to tylko zbieg okoliczności, czysty przypadek i choć był to ciężki rok, to wiem, że było warto. 

sobota, 15 listopada 2014

1 komentarz:
Brakuje mi słów.

Gdzieś w przerwie między jedną lekcją a kolejną wyrywając po raz kolejny stronę z zeszytu w ataku wściekłości na własne umiejętności uświadomiłam sobie, jak bardzo podupadłam jeśli chodzi o pisanie. Czegokolwiek.
Nie wiem kiedy ostatni raz miałam w ręku książkę inną niż podręcznik który bynajmniej moich umiejętności nie zwiększa. Nawet ten od polskiego.
I ile razy zaczynam kolejne zdanie uświadamiam sobie jak bardzo brakuje mi słów które przecież znam a których po prostu nie pamiętam.
Wiem doskonale co chcę przekazac ale zupełnie nie wiem już jak to zrobić.

A przecież ja tak uwielbiam pisać i robię to, chociaż niewiele osób mi wierzy, odkąd pamiętam, odkąd dostałam pierwszy zeszycik którego wygląd wciąż mam przed oczami.
Pamiętam też jak dokładnie i starannie pisałam kolejne literki jasnoniebieskim długopisem od babci siedząc w jej ogródku.

Tymczasem cała moja miłość i możliwości zgubiły się gdzieś na przełomie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum i choć pisać nigdy nie przestałam, zadowolona jestem coraz mniej. Wiem, że wpływ ma na to też fakt, że im starszym się jest, tym mniej docenia się to, co się tworzy, ale tu nie o to chodzi.

Po prostu straciłam gdzieś chęci, czas i umiejętności.
A teraz muszę je znaleźć


sobota, 1 listopada 2014

Brak komentarzy:
Nie lubię podejmować odpowiedzialnych decyzji.
Nie lubię decydować nie będąc pewną, że to co robię jest dobre.
Nie lubię być stawiana w sytuacji całkiem już bez wyjścia.

Ostatnie dwa tygodnie były koszmarem z którego wreszcie się wybudziłam.
Przepłakane godziny, fałszywe uśmiechy, utrzymywanie, że wszystko jest w porządku kiedy naprawdę w porządku nie jest.
Nie lubię zamęczać innych swoją osobą. Nie lubię i nie umiem, jak się okazuje, mówić o swoich uczuciach w takich chwilach.

O wiele łatwiej jest grzecznie kiwać głową, uśmiechać się, na pytania odpowiadać "tak", "wszystko dobrze", "jest w porządku" a na łzy pozwalać sobie tylko w zamknięciu, kiedy nikt nie widzi, kiedy nikt nie pyta, nie osądza, nie oskarża.

Żyłam w takim kłamstwie przez ostatnie czternaście dni niezdolna do funkcjonowania jak normalna osoba, pewna że świat się zawalił a ja wszystko znów zepsułam, jak to zwykle ja robię. Bałam się przyszłości, bałam się ruszyć z miejsca, ale maskowałam się jak widać świetnie, bo kto miał, ten się nabrał, cel osiągnięty.

I nie wiem ile jeszcze tkwiłabym w tym horrorze, gdybym w końcu się nie ocknęła, gdybym nie zrozumiała, że to co robię nie ma sensu.
Nie mogę winić się za decyzje które podjęłam wierząc, że tak będzie lepiej.
Nie mogę winić się za skończenie czegoś tylko dlatego, że to kończę.

I choćby wydawało się, że wszystko już skończone, że straciłam wszystko, co było dla mnie ważne, to są na tym świecie ludzie gotowi uświadomić mi, że wcale tak nie jest, że tak naprawdę mam jeszcze powody, by żyć, nawet jeśli ich nie widzę.

Chociaż zamknęłam za sobą jakiś rozdział, skończyłam co skończenia wymagało to muszę iść dalej, biec przed siebie nie oglądając się na to, co już za mną. Każdy moment, nawet ten, w którym piszę to wszystko, jest tylko jeden i nie mogę zmarnować go na spoglądanie na siebie ze złudną nadzieją że uda mi się zmienić bieg wydarzeń.

Długo jeszcze będę trafiać na stare zdjęcia, skriny, wspomnienia, wywołujące jedną czy dwie łzy, ale tym razem będę już wiedzieć, że tak miało być. Że nie mam się już za co obwiniać.

niedziela, 12 października 2014

Brak komentarzy:
Nienawidzę wracać do przeszłości.

To dla mnie coś, co powinno zostać za mną i nie wpływać na moje przyszłe życie. Wszelkie błędy, potknięcia, pomyłki - to już minęło. Stało się i nie mam na to wpływu. Nie cofnę czasu.
Ale moja przeszłość ma to do siebie, że uwielbia wracać. Kiedy mam wrażenie, ze już sobie z tym poradziłam, wszystkie moje błędy nagle zostają wytknięte na nowo.

Piszę o tym bo doszło niedawno do konfrontacji z ludźmi, z którymi nigdy więcej nie chciałam mieć do czynienia. Którzy po latach kłamstw zostawili mnie na lodzie. Byłam jeszcze dzieckiem więc to bolało sto razy mocniej.
Przyjaciółki, które nigdy nimi nie były.
Znajomi, którzy ukrycie mnie nienawidzili, ale żadne z nich nie miało odwagi powiedzieć mi tego w twarz.
Wtedy to była tragedia. Przepłakane noce, odsunięcie od ludzi i przekonanie, że już nigdy nie uda mi się znaleźć nikogo, kto tą dziurę mógłby załatać.

Ale przeszłam jakoś do porządku dziennego. Zajęło mi to sporo czasu ale udało się i szczerze mówiąc jestem szczęśliwa, że odcięłam się od tych osób.

Ostatnio pojawili się znowu. Znów robią to samo, obsypują mnie miłymi kłamstwami jednocześnie niemalże otwarcie mnie wyśmiewając i myśląc, że ja niczego nie widzę, że nie wiem.
Wiem, tym razem wiem
Ale oni są dla mnie przeszłością do której nie mam zamiaru wracać.

sobota, 4 października 2014

2 komentarze:
"Za dużo myślisz"

Wszyscy powtarzają mi to na każdym kroku i chociaż mam tego faktu pełną świadomość to nie umiem na to wpłynąć. Stanie się coś, cokolwiek, a ja zaraz siadam, włączam muzykę i myślę.

Za dużo.
Zawsze brakowało mi momentu w którym mogłabym to wszystko zatrzymać, zostawić za sobą, zapomnieć chociaż na chwilę. Wyłączyć myślenie, przestać się zadręczać.

Ostatnia taka okazja nadarzyła się w lipcu. Koncert, tłumy obcych wszędzie dookoła, ludzie, których podziwiam prawie na wyciągnięcie ręki, a ja wreszcie przestałam się męczyć, zapomniałam o wszystkim, cieszyłam się chwilą wtedy i długo po niej.

Ale od tamtej pory minęły już miesiące które przyniosły problemy, komplikacje i kolejne powody by myśleć. 

Próbując uciec od tego wszystkiego, od ludzi z wielkimi oczekiwaniami względem mojej osoby, od natłoku myśli, pretensji do samej siebie podjęłam jedyną decyzję na jaką w tej chwili było mnie stać a okazała się najlepszym wyjściem.

Zapomniałam już jak to jest zapomnieć o każdym zmartwieniu, wszystkim, co było nie tak. Nie myśleć o tym, co czeka na mnie gdy wrócę do domu, a skupiać się tylko na tym, czy przeżyję te kilometry które miałam do pokonania. Ze słuchawkami na uszach pędzić przed siebie ze świadomością, że tu nikt nie będzie miał do mnie pretensji nawet, jeśli upadnę. Że wreszcie mogę skupić się tylko na sobie a nie na innych i nikt nie będzie mnie za to winił. Że w każdej chwili mój organizm może odmówić współpracy i będę musiała dzwonić po pomoc, ale przynajmniej nikt nie będzie mnie oskarżać o to, że jej potrzebuję.
Postawić sobie konkretny cel który dla innych jest głupotą a dla mnie wyzwaniem niemalże nie do pokonania i wywołującym wielką radość kiedy okaże się, że jednak potrafię.

Oczyścić myśli.
Zapomnieć.
Zdecydować.

I chociaż ubrałam w takie ładne słowa zwykłą głupią jazdę na desce to dla mnie jest to sukces z którego mogę być dumna. Okazja do przemyśleń, decyzji, które powinnam była podjąć już dawno.

Takich, jak ten blog.
Layout by Tyler