Siedzę nad pustą kartką (elektroniczną, tą w wordzie, nie tą
papierową) i zastanawiam się, co powinnam zawrzeć w tym podsumowaniu. O czym wspomnieć,
co dla własnego (i innych) dobra przemilczeć.
Ten rok był rokiem wielu zmian, na lepsze i gorsze, ale
takich, które w końcu musiałyby nastąpić prędzej czy później, czy bym tego
chciała, czy nie.
Żałuję wielu rzeczy, ale nie jestem tu teraz po to, by je
wspominać. Zostawiam je za sobą razem z tym rokiem i mam tylko nadzieję, że nie
będę musiała się już nigdy cofać. Nie chcę.
Początek zapamiętam, jako najgorsze, co mi się tylko mogło
przytrafić. Wszystko waliło się jedno po drugim a ja rozpaczliwie próbowałam
znaleźć jakiś punkt oparcia, coś, co dałoby mi siłę. Pierwsze trzy – cztery miesiące
ziemia dosłownie waliła mi się pod nogami. Płakałam czekając aż coś ruszy do
przodu i wierząc, że to stanie się samo przez siebie, utonęłam w tej beznadziei
trochę na własne życzenie, a trochę nie i nie przesadzę, jeśli powiem, że
jestem tu wciąż tylko przypadkiem.
Wciąż pamiętam jak płakałam, że nie dożyję kolejnego
miesiąca, że nie dam rady i bo po co, dlaczego i jaki jest w tym wszystkim sens
bo jakiś w końcu musi być, a ja go nie widzę. I tak w kółko i w kółko i w kółko
do znudzenia. Wołałam o pomoc, ale wszyscy mieli inne zajęcie. I tak bez
przerwy.
Nie wiem, kiedy wszystko zaczęło się jakoś układać. Nie potrafię
przywołać tego momentu, bo pewnie nawet nie zwróciłam na niego uwagi, ale
jednak coś ruszyło. Stopniowo odbudowywałam wszystko, co do tej pory się
zrujnowało i robiłam to trochę nieświadomie, ale jakoś się udawało.
Pamiętam wiele momentów w tym roku, w których byłam naprawdę
szczęśliwa, choć myślałam, że już nigdy tak nie będzie. Czy to koncert zespołu,
który pokochałam jeszcze w roku 2013 (który wydaje się tak odległy, że prawie
go nie pamiętam), czy spotkania z tymi wszystkimi ludźmi, których poznałam w
internecie, a okazali się bliżsi niż ktokolwiek inny, czy to po prostu wieczory,
podczas których uśmiechałam się jak głupia do telefonu i pisałam aż bolały mnie
palce bo oto znalazł się ktoś, kto rozumiał i wspierał a ja już dawno nie
wierzyłam, że znajdzie się jeszcze ktoś taki.
Ludzie odchodzili i pojawiali się kolejni, a ja powoli
zaczynałam wierzyć, że nie wszyscy są tak źli, jak ci, przez których tak
utknęłam. Ruszyłam do przodu i dotarłam tam, gdzie nigdy miałam się nie
znaleźć.
Zaczęłam ten rok w naprawdę beznadziejnym stanie i patrząc
za siebie na początku w ogóle nie poznaję tej dziewczyny. I nie chcę. Nie
muszę. To już nie jestem ja.
Zaczęłam ten rok bez jakiejkolwiek nadziei, bez woli
przeżycia nocy i obudzenia się kolejnego dnia. Kończę go szczęśliwa, naprawdę
szczęśliwa, z osobą, o której mogę śmiało powiedzieć, że jest dla mnie
absolutnie wszystkim, otoczona ludźmi, z którymi czuję się tak dobrze, jak
jeszcze nigdy. Mam za sobą 365 dni ciężkiej pracy, łez, trudu, ale teraz ze
spokojem mogę powiedzieć sobie, że wiem, że było warto. Stoję w miejscu, do
którego miałam nigdy nie dotrzeć i jest to tylko zbieg okoliczności, czysty
przypadek i choć był to ciężki rok, to wiem, że było warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz