Pamiętam dokładnie jak się czułam, kiedy pisałam tu coś po raz pierwszy. To był impuls, który sprawił, że na chwilę poczułam się lepiej, ale nie trwało to długo. Wtedy to były takie krótkie przebłyski szczęścia, takie momenty, których się chwytałam, żeby jakoś przebrnąć przez ten koszmar i byłam pewna, że już się z niego nie wybudzę.
Potem było lepiej. Chwilowo. Pamiętam pisanie mojego pięknego podsumowania roku kiedy też wydawało mi się, że jest okej, ale kolejnego dnia potrafiłam leżeć w łóżku i ryczeć z własnej beznadziei i tak na zmianę do znudzenia. To też było chwilowe szczęście.
Nie wiem co się zmieniło. Może wpłynęło na to kilkanaście ważnych słów, które przeczytałam niedawno i które skłoniły mnie do mocnych przemyśleń, może to coś innego. Może to chwilowe, a może (oby nie) zostanie ze mną na dłużej. Ale jest lepiej. Coraz lepiej, naprawdę.
W miejscu, w którym nie było dla mnie żadnej drogi nagle powoli rysuje się jakaś ścieżka. Nie wiem jeszcze gdzie prowadzi, ale na razie ważne, że chociaż jest. Wiem, że mam do czego dążyć, nawet jeśli nie będzie to takie życie, jakie sobie kiedyś wymyśliłam, ale to nieważne. Muszę iść przed siebie bez względu na wszystko. Nie chcę już stać w miejscu.
Nie chcę spędzać wieczorów nad płakaniem, że coś mi się nie uda, że nie spełnię jakiegoś marzenia. Trudno. Może tak miało być, a może tak tylko mi się wydaje i naprawdę wszystko mi się uda. Nie wiem tego, a żeby się dowiedzieć, muszę brnąć przed siebie. Stojąc w miejscu niczego nie osiągnę.
Chcę próbować. Chcę wiedzieć, że jeśli coś mi nie wyszło, to przynajmniej się starałam.